Posty

"Złota Maska", "Wysokie Progi"

 Wydawać by się mogło, że osiemnastoletnia Magda Nieczajówna, bohaterka "Złotej Maski". to postać niemal wycięta ze schematu popularnej powieści czy filmu dla kobiet. Jest przecież dziewczyną z niższej sfery, marzącej o tym, aby wyrwać się ze swego środowiska i awansować do pięknego świata, który zna głównie z filmów, ilustrowanych czasopism i odcinkowych romansów. Jej ojciec jest, ni mniej, ni więcej, tylko rzeźnikiem, a więc drobnomieszczaninem o fachu, który w wyższych sferach, a także w sferach aspirujących do wyższych jest, z jakichś wiadomych tylko tym sferom powodów, kompromitujący. Ojciec rzeźnik to jakby koncentrat wszelkich kompleksów drobnomieszczańskich dziewcząt marzących o jedynych wyobrażalnych drogach społecznego awansu – zrobieniu kariery scenicznej lub wyjściu dobrze za mąż. Dziewcząt spełniających definicję włożoną przez Mostowicza w usta Alicji Horn: „skromna, wesoła dziewczyna, naiwna dziewczyna z legionu tych, co pochylone nad igłą czy nad pilni...

Płacz Bryzejdy

  *** – Opowiedz, Bryzejdo, o gniewie Achillesa. – Od czego tu zacząć…? – Od siebie. – Od siebie? A kim ja jestem w tej historii? Kim jest dziewczyna podczas wojny, wśród tych wszystkich wielkich, rozwścieczonych wojowników w zbrojach z brązu, drących się i machających orężem? – Podobno z twojego powodu to wszystko: ten gniew, klęski Achajów, setki poległych, wśród nich Patroklos, najwierniejszy przyjaciel Achillesa… – Z mojego powodu?! – Z powodu twoich wielkich, czarnych oczu, pięknych ust, cery jasnej i czystej jak kość słoniowa… – Czy to za moją sprawą Achajowie najechali i zburzyli Lirnesos, moje miasto? – Byłaś tam królową? – Krótko. Wcześniej byłam szczęśliwą dziewczyną. Mieszkałam z ojcem, kapłanem Bryzesem, i trzema braćmi. Słyszałam, że Helena, żona króla Sparty Menelaosa, zakochała się w trojańskim królewiczu Parysie. I że oboje uciekli do Troi, a Menelaos uprosił swojego brata, potężnego Agamemnona, króla Argolidy, aby pomógł mu najechać Troję, zemśc...

Szprotki

Idę sobie ulicą Olbrachta, od stacji metra w kierunku ulicy Monte Cassino. Naprzeciw mnie jakaś pani w pewnym wieku, w pikowanej kurtce, wysokich kozakach, zbliża się, zdaje się, że patrzy na mnie. Wzrok u mnie już nie ten.  Ale zaraz, zaraz! Przecież to Agnieszka! Agnieszka Poroszewska! Dziewczyna z mojego podwórka, rok chyba młodsza. Odezwę się. Otwieram gębę, a ona wtedy  odwraca  wzrok. Odezwać się mimo to? Przecież tyle się razem nawysiadywaliśmy z bandą dzieciaków w piaskownicy, na wywietrzniku schronu przeciwatomowego, na ławeczkach, na murku. Tyle się naganialiśmy wśród żywopłotów, drzew, wykopów. A latem 1985 roku, pamiętam, bo to były moje wakacje po ukończeniu podstawówki i przed liceum, był taki tydzień lub dwa, kiedy większość bywalców murka wyjechała z Warszawy, zostaliśmy my dwoje i organizowaliśmy sobie czas, jak umieliśmy. Łaziliśmy po parkach: Moczydle, Parku Szymańskiego, Sowińskiego, siadaliśmy na nagrobkach Cmentarza Prawosławnego. Gadaliśmy, gadaliśm...

Nędza etyki, czyli rozmowa z korwinistą

  1 Rozmawiałem niedawno z pewnym Sebastianem, którego parę lat temu przygotowywałem do matury. Dziś jest pomocnikiem kucharskim, ostatnio w jednej z warszawskich restauracji, gdzie karmią niewyszukanie i niezbyt drogo, a właściciele zarabiają nie na wysokiej marży, lecz na liczbie klientów. Jadam tam czasem właśnie dlatego, że niedrogo, ale jak mówi Sebastian, z jego perspektywy to nie restauracja, lecz fabryka. Bywają dni, kiedy rozbija po pięćset sznycli, przyprawia dwieście kaczych połówek, obiera ćwierć tony cebuli, a wszystko to w pośpiechu, krzyku, nerwach, że coś natychmiast potrzebne, a jeszcze niegotowe. Pamiętam, że Sebastian już w liceum z wypiekami na twarzy opowiadał o swoim gotowaniu, o przepisach, które wymyślił lub udoskonalił. Marzył o pracy szefa kuchni, o własnej restauracji. Polskiego chyba nie lubił, al...

Diabełek i jej przyjaciel

Diabełek powinien był się nazywać jakoś inaczej, bo co to za imię dla dziewczyny: Diabełek? Ale kiedy nas sobie znalazł, był tak malutki, że o tym, czy jest dziewczyną, czy chłopakiem, nie można było jeszcze było powiedzieć nic pewnego. A swoje imię dostał tak: była późna jesień, wieczór, już całkiem ciemno. Wyszedłem do sklepu po coś na kolację. Kiedy przeszedłem małą uliczkę dzielącą mój dom od sklepu, usłyszałem miauczenie. Zatrzymałem się, obejrzałem, rozejrzałem. Wcale nie jest łatwo na tle czarnego wieczora wypatrzeć maleńką czarną kulkę. Przez chwilę więc myślałem, że tylko mi się zdawało. I wtedy nagle czarna kulka zrobiła „hop!”, i wspięła się na nogawkę moich spodni. Drgnąłem przestraszony, a kulka: „hop” i zeskoczyła. Odbiegła na odległość dwóch, może trzech kroków i spojrzała na mnie ogromnymi złotymi oczami. – Ale diabełek! – powiedziałem do siebie, wzruszyłem ramionami i poszedłem do sklepu. A czarna kulka podreptała za mną. Zorientowałem się, kiedy już zrobiłem zakup...